piątek, 13 listopada 2015

Hanna Świętojańska. Nieznajomy (1/2) - Wyróżnienie za morał w konkursie literackim



Warszawa. Jest rok 1970. Niedaleko mojego domu mieszka Sławek. Chodzimy razem do jednej klasy. Nasi rodzice przyjaźnią się od kiedy pamiętam. Wspólne wycieczki, wakacje, zabawy...

Sławek jest brunetem, ma duże niebieskie oczy, jest o głowę wyższy ode mnie. Ma charakterystyczne rysy twarzy, wszędzie go rozpoznam. A ja mam na imię Kaja, nie lubię o sobie mówić. Jestem dość nieśmiałą osobą. Mieszkam w kamiennicy, którą wybudował mój dziadek za czasów II wojny światowej. Tam się wychowałam wraz z moim młodszym bratem Kajtkiem.

Młodzieńcze lata były dla mnie i Kajtka bardzo uciążliwe. Momentami brakowało wody, a nawet suchego chleba. Zapewniano nas, że z każdym dniem będzie coraz lepiej, że rodzie zrozumieją ile zła nam wyrządzili. Do szkoły chodziłam poobijana, plecy miałam posiniaczone od uderzeń ojca, zawsze miał silną dłoń, a jego grube palce zaświadczała otyłość i lenistwo.



Pewnego dnia, kiedy obudziłam się rano, panowała zupełna cisza. Zazwyczaj mój sen przerywały tuczące się talerze, jednak tego dnia było zupełnie inaczej. Za oknem nie było widać nic, zupełnie nic. Biało, tak jak czysta kartka papieru. Zajrzałam do pokoju Kajtka, był zamknięty na klucz tak jak i sypialnia rodziców. Oznaczało to, że w domu byłam zupełnie sama. Szybko zbiegłam a dół. Kiedy weszłam do kuchni i otworzyłam lodówkę, zobaczyłam, że była zapełniona aż po brzegi. Wyjęłam kilka przysmaków i zrobiłam śniadanie.
Cisza. Czułam się jak w niebie wyeliminowując z życia wszystko i wszystkich. Dla pewności uszczypnęłam się w rękę, zabolało. Rodzice nigdy nie pozostawiali nas samych w domu, ,,chcieli zadbać o nasze bezpieczeństwo” pff, też mi coś. Bywało tak, że tygodniami mieszkaliśmy u pani Marten. Wyrozumiała kobieta ale zawsze stała po stronie mamy.
Ściany domu były białe. Kiedy wróciłam do swojego pokoju, na biurku stał malutki kalendarz, pierwszy raz wdziałam go na oczy. Wzięłam go do ręki i zobaczyłam dwie zakreślone czerwonym kółkiem daty: 13 marca 1966 i 27 listopada 1960. Pierwsza data to moje urodziny, a druga wesele rodziców. Były podoczepiane do nich zdjęcia. Przetarłam je delikatnie palcem, nagle rozbolała mnie głowa. Czułam jakby stopy odrywały mi się od podłogi. W pewnym momencie uniosłam się w powietrzu, latałam. Zrobiło mi się zimno, koniuszki palców zamieniły się w bryłę lodu. Upadłam na ziemię, myślałam, że połamałam wszystkie kości. Znalazłam się w szpitalu, nie znałam adresu ani miejsca, w którym aktualnie się znajdowałam. Przed oczyma ukazała się niska kobieta, była ubrana w biały fartuch, oczy sine ze zmęczenia. Kiedy spytałam co tu robię i gdzie się znajduję nie uzyskałam żadnej odpowiedzi. Pytanie zadałam ponownie z podniesionym tonem głosu. Nawet na mnie nie spojrzałam. Dotknęłam jej ramienia, ręka przeszła mi przez jej chude ciało. Zrozumiałam, że nikt nie może mnie zobaczyć ani porozmawiać ze mną. Poszłam przed siebie rozglądając się wkoło. Mijałam różne sale, ale do żadnej nie odważyłam się zajrzeć. Nagle skupiło coś na mnie wielką uwagę, nie pamiętam dokładnie obrazu postaci. Przedstawiła się jako : Olga Tokarczuk. Była ubrana w białą, długą suknię z wycięciem na plecach. Włosy miała czarne, krótkie. Jej uśmiech opisywał dosłownie wszystko. Wystarczyło niewiele, a ona promieniowała radością. Wydawało mi się, że już słyszałam jej głos, niestety nie mogłam przypomnieć sobie gdzie.

Okazało się, że tamten dzień to nie był sen, a tym bardziej wytwórnia mojej wyobraźni. Chciałam dowiedzieć się o Oldze czegoś więcej, ale po każdym zadanym pytaniu panowała cisza.

-Kaju, dlaczego jesteś taka smutna?- spytała.

Długo wpatrywałam się w jej piękny uśmiech. Był taki cudowny.

-Powiedz mi jak się tu znalazłam? Wrócę do domu?

Myślałam, że zmieni wyraz twarzy. Olga słuchała mnie uważnie. Opowiedziałam jej moją sytuację rodzinną. Ręce spociły się ze strachu. Nigdy nikomu nie potrafiłam aż tak bardzo zwierzyć się ze swoich problemów. Nie byłam nauczona wierności ani zaufania. Jedną osobą, która o wszystkim wiedziała był Sławek. Chłopak, który znał mnie od dziecka, wiedział o mnie wszystko. Znał moją całą rodzinę, obyczaje... Wspólnie założyliśmy paczkę (ja, Kajtek, Krzysiek, Antek, Sławek i Aldona). To były cudowne lata dzieciństwa. Nigdy nie zapomnę tego dnia, kiedy poszłam do pani Marten po rower i spotkałam tam starszą kobietę, która z satysfakcją opowiadała o swoim wnuczku. Nie mogłam tego pojąć jak można być aż tak idealnym. Nie powiedziała o nim ni złego słowa. Po kilku dniach, kiedy poszłam z babcią do parku, bawiąc się w piaskownicy spotkałam zabłąkanego chłopca. Chodziliśmy po ulicy pytając „Czy to pańska zguba?” , za każdym razem padała chłodna odpowiedź „nie”. Zabraliśmy go ze sobą do domu. Następnego dnia, babci poszła do swojej przyjaciółki, okazało się, że zaginął jej wnuk. Szukała go już wszędzie tracąc nadzieje. Kiedy przyszły do naszego domu wszystko było jasne. Tą kobietę poznałam u pani Marten. Od tamtego czasu zaprzyjaźniłam się ze Sławkiem.

Olga zaprowadziła mnie do jednej z sal.

-Mama?!-krzyknęłam.

Przy łożu siedziałam kilka godzin, wpatrując się w wesołą twarz mamy. Dawno jej takiej nie widziałam. I nagle przypomniałam sobie nasze wspólne spacer, wyprawy w góry. Uroniłam niejedną łzę. Tak wiele bym dała żeby było tak jak dawniej. W głowie miałam mnóstwo pytań, ale na żadne z nich nie mogłam uzyskać odpowiedzi.. Czułam się bezradna. Brakowało tylko taty. Przecież nie opuszczał jej na krok, kiedy leżała w szpitalu.

-Musimy iść dalej-oznajmiła.

Ze spuszczoną głową wyszłam z sali. Korytarzem skręciłyśmy w prawo. Przed nami znajdowały się drzwi, mocno pchnęłam je do siebie. Tym razem ujrzałam dzieci. Każde łóżko miało tabliczkę z imieniem i nazwiskiem. „Kaja Markiewicz”.

-Co ja tu robię? Czy...- nie dokończyłam.

Na stoliku ujrzałam ten sam kalendarz, który stał w moim pokoju. Otworzyłam go i zobaczyłam datę : 27 listopada 1960. Znowu rozbolała mnie głowa. Tym razem Olga machnęła dwa razy ręką, znalazłyśmy się w clubie. Pełno ludzi, tańce, muzyka. Rozejrzałam się wkoło. Wszystkie twarze były mi dobrze znane, oprócz jednej. Wysoki, szczupły i przystojny mężczyzna z lekkim zarostem, trzymający w ustach cygaro. Przyjrzałam mu się z bliska. Duże brązowe oczy, kwadratowa twarz i wąskie usta. (cdn.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz