W dzisiejszej prasie - jak co dzień - mnóstwo sensacji, trochę syzyfowych haseł pod publiczkę typu: "Trzeba zapewnić dostęp do tanich i powszechnych usług finansowych". Na pierwszej stronie katowickiego Sportu "O wyższości węgla nad miedzią", czyli o meczu, w którym jedna drużyna finansowana przez samorząd pokonała inną drużynę finansowaną dla odmiany przez spółkę praktycznie kontrolowaną przez państwo. A wszystko w obecności 3,8 tysięcy widzów na stadionie o pojemności 16 tysięcy miejsc zbudowanym także za publiczne pieniądze.
Ale za to na stronie 12 Faktu natrafiamy na bardzo ciekawy artykuł z naszego punktu widzenia, czyli tak zwaną "perełkę": "Książeczki mieszkaniowe. Państwo winne jest Polakom 120 mld zł". A w treści między innymi: "W latach 70. i 80. miliony Polaków korzystało z tzw. oszczędnościowych książeczek mieszkaniowych (...). Dziś, po latach regularnego oszczędzania, na książeczce mam 6,5 zł - oburza się Andrzej Kubasiak, który razem z innymi ciułaczami walczy o zwrot pieniędzy."
Młodszym Czytelnikom(czkom) przypomnę "o-co-kaman". Otóż nasi (Wasi) dziadkowie raczej mieli stałą pracę i raczej mieli stałe dochody, z których jako tako dało się żyć po naszej stronie żelaznej kurtyny. Chcieli zabezpieczyć też swoje dzieci i wnuki na przyszłość i odkładali albo złotówki na tak zwanych książeczkach mieszkaniowych (tu mamy działanie ukierunkowane, celowe) albo gromadzili zielone (nie certyfikaty energetyczne, bo tych nie było, tylko dolary).
Oszczędności na książeczkach mieszkaniowych "zjadła" im pod koniec lat 80. inflacja typu jugosłowiańskiego. Stąd przysłowiowe pudełko od zapałek kupowane po latach odkładania na przykład ćwierci pensji. Z kolei oszczędności dolarowe po upadku komuny i zniesieniu żelaznej kurtyny okazały się mało warte. Niektórzy pamiętają te chwile, kiedy dziadek mówił wnukowi nie mogąc opanować drżenia rąk: "Patrzaj Albert/Pyjter/Helmut/Bercik/niewłaściwe skreślić, tu mosz 100 dolców. Jo to szporowoł bez dwadzieścia lot. Dzinki tymu nie bedziesz biedowoł na starość!". Nie muszę Państwu mówić, że dziś siła nabywcza tych 100 dolarów nie pozwala na założenie bezpieczeństwa egzystencjalnego.
Przypomnę dla równowagi, jak na przełomie lat 80. i 90. spłacało się
kredyt. Brało się z kupki fragment wypłaty, szło do banku i mówiło
kasjerce: "Wie pani co, to ja spłacę dziś cały ten kredyt na samochód i
cały ten kredyt na piekarnię. Taki mam kaprys. Kupię jedną gazetę
mniej."
W tle możemy sformułować kilka ciekawych pytań:
1) Czy depozytariusze ponieśli stratę, którą można dochodzić sądowo?
2) Czy PKO BP (wystawca książeczek) powinien odpowiadać za zaistniałe straty depozytariuszy?
3) Czy może właściwym adresatem pozwu jest państwo (taki kierunek wskazano w artykule)?
4) Czy może depozytariusze po prostu przegrali grę rynkową z czynnikami zewnętrznymi, jak na przykład dzisiejsi "frankowicze"?
5) Czy państwo nie powinno chronić obywateli przed "takim" rynkiem (takie postulaty pojawiają się często nawet dzisiaj, choć w nieco innych kontekstach)?
6) Czy państwo jest odpowiedzialne za inflację, czyli spadek wartości pieniądza?
7) Czy inflacja jest tylko "zła"?
Maciej Skudlik

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz