poniedziałek, 21 grudnia 2015

O kobietę nie należy zanadto dbać, bo ona sama z pewnością da sobie radę

Tytuł stanowi niemal (niemal, bo piszę z pamięci i słowa mogły paść inne, choć kontekst pozostaje) cytat z Joe Alexa (Piekło jest we mnie).

I jest to stwierdzenie słuszne. Sytuację sprzed 21 lat przypomniał mi oglądany przez żonę film o Brigdet Jones. Wtenczas zabrałem na narty na Pilsko rutynowanego kolegę i niedawno poznaną dziewczynę. W razie czego zapytałem:
- Jeździłaś już na nartach?
- No ... yyy ... tak. Byłam raz na Cieńkowie (jak się później okazało na polanie pod Cieńkowem).
- Ok, Cieńków niezła góra, to jedziemy.
I pojechaliśmy wyciągami (z trudem): w górę, jeszcze raz w górę, dalej w górę i na szczyt.
- No dobra, to jak umiesz jeździć, to nie będę cię stresował, ja jadę z Szymonem, spotkamy się na dole przy aucie o 16-tej. Na razie, pa!

Dała radę i zjechała. Choć pewnie nie chciałbym słyszeć wypowiadanych komplementów. Z perspektywy czasu chyba nie był to do końca taki zły pomysł, choć - trzeba przyznać - nieco ryzykowny, skoro oglądająca film o Briget Jones moja żona dziś i tamta dziewczyna 21 lat temu to ... ta sama osoba.

Ale dziś materializuje się w temacie narciarskim inne ryzyko. Szykują się kolejne Święta Bożego Narodzenia bez śniegu, za to być może z kwitnącymi krokusami. Jest "szansa", że po świętach coś się zmieni, ale i tak obecna sytuacja to katastrofa dla biznesu narciarskiego, który ma dwa "szczyty": bożonarodzeniowy i feryjny. Zresztą tak jest od jakichś 8-10 lat. Młodsze dzieci nie pamiętają już świąt z lepieniem bałwanów i jazdą z rodzicami lub dziadkami na sankach. Potem (w dalszej części zimy) bywa różnie, ale w grudniu to już jakiś standard.

Chyba należy dokonać przeglądu zasadności kosztownych - trzeba przyznać - inwestycji w infrastrukturę narciarską. Ryzyko strat jest tutaj ogromne.Zresztą już widać, że - po latach prosperity - rozwój infrastruktury narciarskiej (nowe stacje, wyciągi) ostatnio nieco przystopował, nie tylko w Polsce zresztą.

Maciej Skudlik

PS. Ponadto ja - jako zapalony narciarz - wnioskuję o przesunięcie Bożego Narodzenia na styczeń lub nawet luty. Ryzyko braku śniegu w górach będzie zdecydowanie mniejsze (już coś spadnie lub już coś naśnieżą). Bo po co komu tyle dni wolnego, jeśli nie ma na czym jeździć?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz