czwartek, 10 grudnia 2015

Monika Grzywocz. Ostatni szafir (1/3) - II miejsce w konkursie literackim (i najdłuższa opowieść)





Wstaję z siedzenia, by zamknąć jedyne okno w całym przedziale. Siłuję się z klapą, która za nic nie chce się ruszyć. Lodowaty wiatr jeszcze przez chwilę próbuje wedrzeć się do środka, ale potem słyszę już tylko ciche powiewy. Zakrywam się połami płaszcza i wracam na swoje miejsce. Wagony zaczynają robić się puste. Im bliżej Władywostoku, tym więcej ludzi wysiada. Spoglądam na szalejący za szybą wicher, padające płatki śniegu i biały puch zalegający na torach. Nie lubię zimy. W moich okolicach zwykle nie pada śnieg. A przynajmniej nie ma go tak dużo. Nie jestem przyzwyczajony do takiego krajobrazu. Tęsknię za Londynem, o wiele bardziej wolę deszczowy klimat. Monotonne siedzenie w
biurze detektywistycznym, na przedmieściach, teraz wydaje się być rajem. Cenię sobie ciszę i spokój, lubię planować akcje w odosobnieniu, a tutaj panuje wrzawa. Dziesiątki osób w moim przedziale trajkoczą o niezrozumiałych dla mnie rzeczach. Nie znam rosyjskiego. Kilka razy zdarzyło mi się wychwytać kilka słów w moim ojczystym języku, lecz to było na tyle. Przez ponad tydzień tłukłem się z Londynu do Władywostoku w celach służbowych. Kilka tygodni temu szef wpadł do mojego biura z impetem i zdenerwowany rzucił na biurko plik dokumentów. Z przerażeniem w oczach kartkowałem akta.
Byliśmy małą agencją. Wiedzieli o nas tylko mieszkańcy miasta. Nie narzekaliśmy na brak pracy. Zwykle zajmowaliśmy się szukaniem dowodów na temat znęcania się nad zwierzętami, pocieszaliśmy zdradzone żony i śledziliśmy miejskich bogaczy. Ot co, każdy z nich coś ukrywał. Rzadko zdarzały się sytuacje, gdy główkowaliśmy się nad czymś poważniejszym, jak porwanie. Tym zwykle zajmowała się policja. Sprawy typowo kryminalne trafiały, rzecz jasna, tylko do Scotland Yardu. Tym bardziej zdziwiła nas sytuacja, gdy do naszego biura dostarczono akta międzynarodowej sprawy. Z początku myśleliśmy, że to tylko pomyłka. Szybko okazało się, że wszystko jest bardzo prawdziwe, gdy otrzymaliśmy telefon ze Stanów Zjednoczonych. Byliśmy pod ogromną presją, nie potrafiliśmy zachowywać się profesjonalnie, jak na detektywów przystało. Gdy sprawa na chwilę ucichła, zostałem oddelegowany do akcji. Pociąg niemiłosiernie trzęsie i przerywam na chwilę rozmyślania. Próbuję nie stracić równowagi i nie przechylić się na siedzącego obok mężczyznę. Łapię się za uchwyt pod oknem.
Departament Stanów Zjednoczonych zwerbował nasze biuro detektywistyczne z dwóch powodów: byliśmy godni zaufania i nierozpoznawalni. Podobno chodziło tu również o znajomości; ktoś znał kogoś, kto nas polecił. W tę wersję zdecydowanie bardziej wierzyłem. Wszystko spadło na mnie, jak grom z jasnego nieba. Dokładnie pamiętam dzień, gdy do naszego biura przyjechał ktoś z Ameryki.
Wraz z zmieniającymi się ludźmi, zmieniał się i świat. Lata mijały, ludzie stali się coraz bardziej zachłanni na bogactwa naturalne. Wszystkie kopalnie złota, diamentów i tym podobnych zamknięto na cztery spusty. Wiele osób straciło pracę. Matka Ziemia straciła swoje skarby. Wszystko, co wydobyto, przerobiono na biżuterię, baterie do telefonów komórkowych, wiertła i inne użyteczne lub mniej użyteczne przedmioty. Najwięksi milionerzy byli w stanie wydać cały swój majątek na ostatni kamień. Nie liczyli się z konsekwencjami. Aż wszystko przybrało inny obrót, a obiekt pożądania trafił w niewłaściwe ręce. „Sprawa jest bardzo poważna. To delikatna, aczkolwiek niebezpieczna misja. Ten szafir - to klucz. Ostatni na całej planecie. Nie możemy pozwolić, by osoba, która jest w jego posiadaniu, zrobiła coś, za co będziemy cierpieć my. Potrzebujemy go do badań. Twoim zadaniem, jest go odzyskać” - powiedział i łypnął na mnie oczami.
Mężczyzna, który siedzi obok, przysypia i zaczyna chrapać. Nie tak wyobrażałem sobie międzynarodową akcję. Nie w tak surowych warunkach, nie podczas sześciodniowej podróży pociągiem. Wzdycham na samą myśl. Jedynym dla mnie pocieszeniem jest fakt, że gdy tylko odbiorę pewne informacje we Władywostoku, od razu ruszam do Tajlandii, by odebrać szafir. Przyznam, że na początku nie rozumiałem, o co ta cała afera. Dopiero gdy jeden z agentów nawyzywał mnie od głupców, ocknąłem się z amoku. Osoba, która posiada szafir, nie wie, że to nie tylko zwykły kamień. Nie wie, że posiada dziwną, hipnotyzującą moc. Trudno uwierzyć mi w coś takiego. Od dziecka uważałem, że magia nie istnieje, nie przekładałem fantastycznych książek i filmów ponad wszystko. A teraz proszą mnie o odebranie klucza, czegoś, co prawdopodobnie jest związane z magią. Nagle słyszę jakiś bełkot. Ktoś zwraca się do mnie w nieznanym języku, odpowiadam mu po angielsku, ale zdaje się, że i on go nie zna. Macha na mnie ręką i sunie w kierunku innej osoby. Staram się zamknąć oczy i odpocząć przed lotem. Kim jest tajemnicza osoba od szafiru?

-Przepraszam, proszę pana. Halo? Słyszy mnie pan?- czuję szturchnięcie na ramieniu, więc otwieram oczy i gwałtownie wstaję.
-Co się dzieje?- mówię bardzo zaspanym głosem.
-Dotarliśmy do Władywostoku, podróż dobiegła końca. Jeśli nie wykupił pan biletu w dwie strony, to radzę, jak najszybciej się stąd ulotnić - mówi rosły konduktor.
Mrugam szybko i wstaję, by zabrać swoje bagaże. Żegnam się z chyba jedyną osobą w całym pociągu, która tak płynnie mówi po angielsku i wychodzę na peron. Chłód natychmiast mnie paraliżuje. Szybkim krokiem pędzę w kierunku postoju taksówek. Mam nadzieję, że jeszcze jakąś złapię. Jest popołudnie, ale wszyscy zdążyli już wyjść z pociągu i rozejść się. Dostrzegam starego fiata, który dumnie stoi na parkingu. Na jego drzwiczkach naklejony jest numer. Podbiegam i pukam w szybę. Starszy mężczyzna, który zdaje się spał, wzdryga się i obniża szybę. Mówi do mnie po rosyjsku, a ja pytam, czy zna angielski.
-Dokąd się pan wybiera?- chrząka łamaną angielszczyzną. Jego akcent jest bardzo wyraźny.
-Do muzeum, a potem na lotnisko- mówię i rozsiadam się na siedzeniu.
-A cóż cię tu do nas sprowadza, młody człowieku?- pyta i rusza.
-Sprawy służbowe.
-Tutaj? We Władywostoku?!- dziwi się.
Kiwam do niego głową. Wcale nie musiałbym się tłuc do Rosji, gdyby nie kustosz tutejszego muzeum. Andrij Reznov, człowiek szanowany w swoim otoczeniu, były mieszkaniec małego miasta w południowej Anglii, miał dostarczyć mi kilku informacji na temat szafiru. Tylko on znał jego położenie, które było ściśle tajne. Wiedział, kim jest osoba, która posiada zaginiony brylant i znał jej wstępne zamiary. Przez całą drogę do muzeum wyobrażałem sobie, do czego taki kamyk może być potrzebny. To przecież trochę bezużyteczne. Fakt faktem, że jest jedyny na ziemi. Sprzedając go, można się naprawdę wzbogacić. Ale czy ten ktoś naprawdę uciekł do Tajlandii, by zrobić coś tak nieoryginalnego? Proszę taksówkarza, by na mnie zaczekał, a sam udaję się w poszukiwaniu kustosza. Ktoś wskazuje mi niewysokiego mężczyznę w kamizelce w romby. Ma siwe włosy i okulary.
-Profesorze Reznov?
-Ooo, pan Barton. Wreszcie pan dotarł, czekałem ze zniecierpliwieniem- ściska mi dłoń, bardzo dobrze mówi po angielsku, więc uśmiecham się.
-Nie mam zbyt wiele czasu, chciałbym przejść już do rzeczy.
-Oczywiście, proszę za mną!
Przechodzimy przez kilka wystaw, aż zatrzymujemy się przy zdjęciach kamieni szlachetnych.(cdn.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz