Wpatruję się w granatowy brylant.
-Zakładam, że panowie z Ameryki nie powiedzieli panu
wszystkiego. Szafir został skradziony z muzeum w Nowym Jorku. Miał być
przeznaczony do badań, gdyż jest nieco inny niż wszystkie. Trop za porywaczem
urwał się w Rzymie. Przypuszczalnie ten ktoś po prostu go zgubił. W tamtym
rejonie zauważyliśmy bardzo wysokie stężenie promieniowania i czegoś, co nie
jest nam do końca znane - krzywi się lekko -
szafir przemieszczał się przez wiele dni, aż ulokował się w Bangkoku.
Nie rusza się stamtąd od kilku miesięcy, pewnie tam też zostanie. Namierzyliśmy
go, mamy wstępny rysopis osoby, do której obecnie należy. Musi pan jednak
wiedzieć, że to nie jest zwykły kamień. Posiada w sobie dziwną siłę, która
hipnotyzuje każdego, kto dotknie jego powierzchni. Samo przebywanie w jego
pobliżu nie wpływa korzystnie na zdrowie. Nie wiemy, co tak naprawdę potrafi.
Musi pan zachować ostrożność.
-Jasne, zrozumiałem. To kim jest ta osoba?
-Najprawdopodobniej nazywa się Areeya Tanaka. Jest
studentką akademii, ponieważ tam często przemieszcza się szafir. Dziewczyna ma
długie, czarne włosy i jedyne, co wiemy, to fakt, że nie wygląda jak typowa
mieszkanka Tajlandii. Łatwo się zorientować, podobno. To wszystko, co wiemy-
podaje mi dokumenty - zdjęcie nie jest aktualne, nie udało się znaleźć lepszego.
Jeśli chodzi o sam szafir, dziewczyna prawdopodobnie nosi go na szyi jako
amulet. Według doniesień, nigdy się z nim nie rozstaje. Od tego, czy odzyska
pan kamień, zależy życie. Nie wiemy, co może się stać. Życzę powodzenia, panie
Barton.
Kiwam kilka razy głową, a potem wychodzę i biegnę do taksówki. Jadę prosto na lotnisko; z czym mam się zmierzyć? Nie mam referencji do bycia tajnym agentem. Przynajmniej tak mi się wydaje. Wskazówki, które dostałem, wydają się być zbyt trudne.
Podczas lotu zdążyłem przeczytać wszystkie
dokumenty. Areeya wydawała się być zupełnie nieświadoma tego, że jest w
posiadaniu tak niebezpiecznej mocy. Wgłębiłem się w historię szafiru. Jestem
skłonny, by przyznać się do tego, że zaczynam wierzyć w magię. Stoję na płycie
lotniska i wysyłam wiadomość do ambasady. Muszą wiedzieć, ze jestem na miejscu.
Z niewielką walizką kieruję się do drzwi. Lotnisko jest ogromne, dach gmachu
jest półokrągły i oszklony. Jest gorąco i duszno, co niezbyt mi się podoba. Sam
nie wiem, czy wolałem mróz, czy upał. Szukam kolejnej taksówki, która ma zawieźć
mnie do motelu przy uniwersytecie, na który chodzi nasza „ofiara”.
Stwierdziłem, że taki przydomek będzie adekwatny. Jeśli naukowcy mają rację, kamień
może ją nawet zabić.
Bardzo cieszę się, że tutaj bez problemu mogę się ze
wszystkimi dogadać. Jadąc przez miasto, rozglądam się wokoło. Bangkok jest
naprawdę urokliwy i bardzo chętnie zwiedziłbym jego zakamarki, lecz nie mam na
to czasu. Muszę zająć się poważniejszymi sprawami. Czytam wiadomość, która
przyszła na moją pocztę. Mam zacząć akcję już dziś wieczorem. Obgryzam
paznokcie i czekam, aż dojadę na miejsce. Gdy zatrzymujemy się pod motelem,
wręczam taksówkarzowi zapłatę i ciągnę za sobą torbę. Budynek jest niewielki,
bardzo nowoczesny. Wchodzę do środka, a recepcjonistka od razu zaprasza mnie do
kontuaru. Kładzie przede mną kartę do pokoju i odsyła na piętro. Pomieszczenie,
w którym mam mieszkać, jest praktycznie puste. Wszystko jest sterylne, panują
szpitalne warunki. To też dla mnie nowość. Lubię bibeloty i ciepłe kolory jak
brąz czy beż. W swoim mieszkaniu w Londynie mam wiele zdjęć, pamiątek i tym
podobnych rzeczy. Wciąż zbierają kurz, ale dobrze czuję się, wiedząc, że mam je
na półkach. Rzucam torbę na łóżko i otwieram ją. Wyciągam z niej wszystkie
szpiegowskie zabawki, które dostałem w ramach akcji. Dziś wieczorem przypadkiem
mam wpaść na Areeyę. Mam zbadać sytuację, zobaczyć, jak się zachowuje, czy
wygląda jakoś dziwnie. A gdy poczuję grunt pod nogami, mam wykonać robotę. Lecz
nim to zrobię, muszę wziąć gorący prysznic, o którym marzę od tygodnia.
Stoję za filarem i przyglądam się młodej
dziewczynie. Próbuję dostrzec szafir na jej szyi, ale nie potrafię. Nie ma go.
Spoglądam na jej nadgarstki, kostki, a także uszy. Wpatruję się także w jej
czarne włosy, ale ani śladu kamienia. Zastanawiam się, czy to właściwa osoba,
ale chwilę później inna studentka woła do niej po imieniu. Faktycznie nie
wygląda na tutejszą. Jej rysy twarzy zupełnie nie przypominają tych, które
widzi się dookoła. Mrużę oczy i próbuję wychwycić kolor jej oczu. Są
niebieskie. Nic nadzwyczajnego. Przez myśl przechodzi mi, że może jestem w
ukrytej kamerze, co rozpala we mnie wściekłość. Zaciskam pięści, gdy nagle
Areeya wyciąga z torebki naszyjnik. Zdaje się, że otwieram szerzej usta.
Brylant jest bardzo duży, ma naprawdę piękną, intensywną barwę, która potrafi
hipnotyzować, nie ma innej opcji. Zapina go i poleruje. Sekundę później jej
twarz diametralnie się zmienia, jej mina robi się chłodna, a oczy zmieniają
kolor na rubinowy. Więc tak to działa. Podciągam telefon do ucha.
-Barton? Masz coś?- pyta głos w słuchawce.
-Właśnie namierzyłem dziewczynę. To coś… ten szafir
zmienił kolor jej oczu. Czy to możliwe?
-Zapewne tak. Ma wiele mocy, o których nie wiemy,
dlatego miał zostać przebadany. Wiesz, co robić. Nawiąż z nią kontakt i
odzyskaj go. Do usłyszenia, James.
Zagryzam wargę i powtarzam w myślach plan. Muszę
jakoś zmusić Areeyę do ściągnięcia naszyjnika, choć na chwilę, bym mógł schować
go do kieszeni, a potem zabezpieczyć. Zdecydowanym krokiem udaję się w jej
kierunku. Muzyka gra bardzo głośno, jest tu tłum ludzi, więc liczę, że
pozostanę niezauważony.
-Hej, to ty jesteś Areeya?!- krzyczę w jej kierunku.
Dziewczyna odwraca się i mierzy mnie wzrokiem.
-Znamy się?- mówi, a w jej głosie dostrzegam
mieszankę amerykańskiego i brytyjskiego akcentu.
-Nie, a powinniśmy! Jestem James. Studiujesz
architekturę, prawda?
-Architekturę krajobrazu - dodaje. - Skąd wiesz?
-Wiele o Tobie słyszałem, bardzo chciałem Cię
poznać. Może porozmawiamy?
Jej oczy mają doprawdy potworny kolor. Wygląda na
kogoś, kto potrafi zabić z zimną krwią. Liczę na to, że to jednak tylko pozory.
-W porządku. Wyjdźmy więc na zewnątrz, tutaj
niewiele słychać - mówi i idzie w stronę wyjścia.
Na wszelki wypadek wkładam rękę do kieszeni i
zaciskam palce wokół pistoletu. Przezorny -zawsze ubezpieczony. Podążam za nią
małymi krokami, bo wciąż ktoś tarasuje mi drogę. Gdy znajdujemy się w ogródku,
staram się nawiązać jakąś rozmowę, na którą ją tutaj wyciągnąłem.
-Słyszałem, że pracujesz nad projektem rozbudowy
parku. To bardzo duża rzecz.
-Skąd możesz wiedzieć takie rzeczy? Przecież ty
nawet nie studiujesz - krzyżuje ręce na piersi.
-Po prostu o Tobie słyszałem.
-Jesteś z Anglii, prawda? Słyszę to bardzo wyraźnie.
-Dokładnie tak. A ty? Chyba nie jesteś z Bangkoku.
-Urodziłam się tutaj, ale moi rodzice postanowili od
razu wyjechać do Luton. Potem mieszkaliśmy chwilę za oceanem, na Manhattanie,
ale wróciliśmy do Tajlandii.
-Można powiedzieć, że wiele widziałaś.
-To prawda.
Zapada męcząca cisza. Co teraz? Przecież nie zerwę
jej naszyjnika z szyi i nie ucieknę. Jestem detektywem, tajny agentem, a nie -
złodziejem.
-Czy miałabyś jutro czas, by wybrać się ze mną na
kawę? Będzie trochę spokojniej.
-W sumie może to i dobry pomysł. Mam nadzieję, że
nie jesteś psycholem. Spotkajmy się tutaj, w dzień to zwykła kawiarnia. Będę o
jedenastej.
Kiwam głową, a ona odwraca się i zaczyna iść do
środka. Podbiegam do niej i lekko dotykam koniuszka jej torebki. Pluskwa
przyczepiona.
-Miło było cię poznać! - dodaję i odsuwam się.
Biegnę w stronę motelu z uśmiechem na twarzy. W
międzyczasie dzwonię do przełożonych i składam im relację. Namierzanie właśnie
się rozpoczęło. (cdn.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz