Kilka przemyśleń po klasyku Ekstraklasy:
1) Liczba widzów była przyzwoita (13850), ale ciągle jej daleko do pojemności obiektu. Zapełnienie stadionu to raptem około ... 40 procent. Jaki mecz ma przyciągnąć więcej widzów w smoczym mieście, jak potyczka z najbardziej utytułowanym klubem (ex aequo z Górnikiem) i jednym z najstarszych (tu już Zabrze nie łapie się na ex aequo, a - trzeba przyznać - krakowskie kluby mają jeszcze starszy rodowód) w kraju? Przy czym znaczący odsetek widzów stanowili tak zwani "goście". Odświeża to refleksję na temat chyba jednak zbyt optymistycznie zaplanowanych w kraju pojemności obiektów.
2) Pójście na mecz w Polsce to oddanie klubowi danych osobowych oraz oddanie swojego wizerunku (zdjęcie). Ponadto zawiła procedura nabycia biletów. Łatwiej jest kupić bilet na lot na Teneryfę, niż na mecz w lidze.
3) Pójście na mecz w Polsce wiąże się też z koniecznością poddania niemal rewizji osobistej przy wejściu. Człowiek jest w każdym razie - nie da się uniknąć takiego sformułowania - dokładnie wymacany, szkoda, że przez osobnika płci tej samej.
4) Oczywiście ta dokładna macanka nie przeszkodziła licznej grupie fanów Ruchu (dwa sektory wypełnione po brzegi) na wniesienie zatrważającej ilości tępionych przez rodzime prawo rac świetlnych.
5) Pokaz "ognia i dymu" urządzony ok. 60 minuty totalnie zadymił stadion. Skutek: nikt nie zginął, nikt nie został ranny, co więcej, wydaje się, że nikt nawet nie poczuł się widowiskiem zniesmaczony. A wśród kibiców jednej i drugiej ekipy można było dostrzec nawet niemały odsetek feminizacji sektorów. W momencie przerwania spotkania wszyscy piłkarze (jednej i drugiej drużyny) skupili się też na podziwianiu "racowiska".
6) Nie zmienia to faktu, że polskie prawo traktuje odpalanie rac na stadionach, jak "zbrodnię". problem w tym, że "zbrodniarzy" trudno wyłapać, jeśli stanowią składnik kilkutysięcznego tłumu. Z tego co było widać, nikt nawet nie próbował podejmować się tak bohaterskiego zadania.
7) W Polskiej lidze zdarzają się mecze, w których przez całą jedną połowę nie było ... ani jednego celnego strzału. Przy czym duża w tym zasługa wymiatającego weterana boisk o nazwisku Głowacki. Szkoda, że ten człowiek swego czasu miewał tak zawodne mecze w kadrze narodowej.
8) Bez dopingujących na różne sposoby, w tym dość często obrażających się wzajemnie "młynów", mecz byłby po prostu trudny do oglądania, chyba że ktoś lubi analizować taktykę utrzymywania się przy piłce w środku pola bez stwarzania zagrożenia dla bramki przeciwnika. Coś dla koneserów. Nudno, jak na filmach oscarowych.
Maciej Skudlik

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz