Tupię nogą w rytm muzyki dochodzącej z radia. W
słuchawce słyszę głos jednego z agentów. Gdy ja smacznie spałem, oni
sprowadzili do Tajlandii grupę, która będzie trzymała rękę na pulsie. Czuję się
przez nich obserwowany, wiem, że są dookoła mnie.
-Barton, słuchaj uważnie. Kilka godzin temu
odnotowaliśmy bardzo wysoki poziom aktywności szafiru. Nasi eksperci zrobili kilka
małych doświadczeń. Wychodzi na to, że kontakt z nim sprawia, że człowiek
zamienia się w dość dziwną istotę. Czy zauważyłeś u tej dziewczyny jakieś znaki
szczególne?
-Żadnych - mówię cicho.
-To niemożliwe. Na pewno było coś, co przykuło twoją
uwagę. Poza oczami, oczywiście.
Próbuję przypomnieć sobie jej twarz, wywołać obrazy,
które widziałem wczorajszego wieczoru. Poza dziwną czerwienią nie.. zaraz..
-Jest coś - szepczę i zamieram - jej skóra była
jakby.. jakby przeźroczysta. Nie pomyślałem o tym wcześniej, ale ja.. widziałem
krew, która płynęła w jej żyłach - zastanawiam się, czy mówię logicznie, ale to
prawda.
Areeya jest blada, ale nie ma na świecie takiego schorzenia, które pozwala na widzenie przez skórę. Drapię się po kilkudniowym zaroście.
-Coś jeszcze?
-Nie. Ale dam Wam znać.
Zauważam Areeyę, która idzie w moim kierunku. Kilka
chwil później podajemy sobie ręce, a ona siada naprzeciwko. Zamawiamy kawę, a
ja próbuję zauważyć w niej coś dziwnego poza dziwnym, nadnaturalnym szafirem na
jej dekolcie.
Mija godzina, a ja nie zamierzam się tracić więcej
czasu. Wskazówki są jasne: szafir jest niebezpieczny, a dziewczyna, z którą się
spotkałem, potrafi chyba stopić metal, choć się do tego nie przyznaje.
Widziałem ten szczegół, gdy próbowała przesunąć się nieco na krześle. Nie
wyglądała na zaskoczoną czy przerażoną - wręcz przeciwnie - na zadowoloną.
Nie mogłem wpatrywać się w kamień dłużej niż kilka
sekund. Później czułem, jak wszystkie siły ze mnie ulatują, nie mogłem
oddychać. Co to, do diabła, za mechanizm? Gdy kończyliśmy kawę, zaproponowałem
jej spacer. Udaliśmy się w kierunku parku z małą altanką.
-To ładne miejsce - mówi nagle, a ja przytakuję.
Słyszę w słuchawce głos, wiem, że nadszedł czas.
Zacznijmy powoli. Wyciągam z kieszeni pudełko i wręczam jej. Odbiera je i
dziękuje, a potem otwiera.
-Nie trzeba było, James!- rzuca się na widok
naszyjnika, który w rzeczywistości jest kolejnym nadajnikiem.
-Pomogę - mówię i biorę go od niej.
Zapinam go na jej szyi i podstępem sunę rękoma do
klamerki łańcuszka z szafirem. Odskakuje i oznajmia mi, że nie przeszkadza jej
podwójny naszyjnik. Zaczynam nalegać, ale dość mam już tego teatru.
-Droga Areeyo! Wiem doskonale, kim jesteś i myślę, że
domyślasz się, po co się spotkaliśmy.
Zauważam przerażenie w jej oczach. Zakrywa ręką usta
i biegnie w stronę altany. Patrzę, jak pędzi, a potem sam ruszam w pogoń.
-Barton, wiesz, że od tego szafiru możesz zginąć!
Nie możesz dotknąć tej dziewczyny! To zbyt wielkie ryzyko! - krzyczy agent z
słuchawki.
-Jeśli to, co robię, ma ocalić świat, to mogę
zginąć! - mówię i nie przerywam biegu.
Wołam do dziewczyny, że jeśli odda mi szafir, to nie
stanie jej się krzywda. Jestem zdeterminowany. Dowiedziałem się zbyt wielu
rzeczy o niej i brylancie. Wiem, co powinienem zrobić, po coś mnie jednak
szkolono. W głębi duszy czuję niepewność, ale adrenalina przysłania wszystko.
Ryzyko śmierci to mój najmniejszy problem. Szafir może zabić, a ja nie
zamierzam dopuścić do tego, by Areeya użyła go przeciwko jakiejkolwiek osobie.
Gdy wbiega do altany, wiem, że tam wszystko się zakończy. Wyciągam z kieszeni
pistolet i przyśpieszam. Nie mam czasu, aby się rozejrzeć, bo czuję ostry ból w
ramieniu. Areeya trzyma w rękach kawałek metalowej rury, której końce są
doszczętnie stopione. Odpycham ją, a ona wymierza kolejny cios w mój bark. Strzelam
w niebo, by pokazać jej, że jestem uzbrojony. Z całej siły uderza mnie rurą w
łokieć, a broń wypada mi z ręki, szybuje nad naszymi głowami i ląduje na ziemi.
Czuję, że wyszarpuje mi z ucha słuchawkę, a potem ją roztapia. Mój jedyny
kontakt z pomocą został urwany. Nabieram rozpędu i kopię ją w brzuch. Zostaje
odrzucona, upada i uderza głową o marmurową kolumnę. Przez chwilę z jej ust
wydobywa się potworny jęk bólu. Oddycham ciężko. Nie może zrobić mi krzywdy,
chyba zemdlała. Pewny, że mogę odebrać to, po co przemierzyłem cały kontynent,
ruszam do przodu. Okazuje się jednak, że bardzo się myliłem. Celuje we mnie lufą.
Zastygam w bezruchu. Kiedy zdążyła się ocknąć? Przez ufałem sekundy czuję dotyk
śmierci na karku. Postanowiłem wypełnić swoją misję. Ona posiada coś, co jest
cenniejsze od mojego istnienia: życie innych. Wiem, co należy zrobić. Nagle coś
sobie uświadamiam. Byłem głupi, myśląc, że naukowcy chcą wykorzystać szafir do
badań. Widzę, że doskonale wiedzieli, co potrafi kamień i potrzebowali tylko
siłę roboczą, która odbierze go Areei. Tą siłą byłem ja. Ale teraz wiem, że
odzyskując brylant, oni zrobią z niego tylko śmiercionośną broń. Muszę
zniszczyć szafir. Gdy to zrobię, Areeya zginie. I ja w obliczu śmierci jestem
gotów zrobić coś takiego, skoro wiem, że uratuje to więcej osób. Robię krok w
jej kierunku, a kula świta gdzieś przy moim uchu. Teraz albo nigdy. Dobro
wszystkich ludzi jest w moich rękach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz